Postać odziana była w ciemnozieloną togę. Biła od niej woń lasu. Przyjrzawszy się dokładniej obliczu postaci, zauważyć można było delikatnie szpiczaste uszy, co zdradzać może elfie korzenie. Nieulękniony szedł w głąb, rozciągającej się aż po horyzont, puszczy. Biła od niego jakaś tajemnica i każdy, kto widział podążającą postać w samo serce matki natury, mimowolnie musiał raz jeszcze obejrzeć się za siebie, by przekonać się czy to nie było urojenie. Z daleka wydawać się mogło, że zwierzęta i cały las są mu posłuszne i padają do nóg, oddając mu hołd. Coraz głębiej idąc, o dziwo oblicze jego rozświetlał promienny uśmiech, a serce zdawało się nie baczyć na żadne niebezpieczeństwa przyrody, która przecie tylu śmiałków pochłonęła w walce o byt. Nad każdym napotkanym zwierzęciem, ptakiem czy wiewiórką, pochylał głowę i szeptał coś do ucha. Zwierzęta jak zaklęte, podążały wszystkie zgodnie za swym panem. Gdy za plecami dziwnego osobnika rozciągał się już wielki pas futrzanej odmienności, a nad głową setki ptaków wesoło podśpiewywały dał się słyszeć bardzo metaliczny, nieprzyjemny odgłos, który zagłuszał rześki szczebiot ptasiej orkiestry. Odgłosy nie ustępowały, a wręcz narastały z biegiem czasu, aż w końcu rozlegały się wszędzie wokół. Czoło człeka zmarszczyło się. Przystanął rozejrzał się po swej kompani. Oczy wszystkich zwierząt był zwrócone na niego. Po chwili rzekł: -Proszę, ochrońcie mnie przed plugastwem, które umarło, a wróciło do życia. Wszystko wydarzyło się nagle. Pierwszy umarlak, szkielet chciał dzgnąć człowieka szybkim wypadem do przodu ze swą długą dzidą. Paskuda nawet nie zdążyła postąpić kroku gdy została przykryta futrzaną masą. Wszystkie inne poczwary spotkał ten sam los. Druid uśmiechnął się i rzekł: -Dziękuje wam. A teraz proszę, chodzcie za mną. |